środa, 12 sierpnia 2015

Nie wierzę w przypadki.


Życie każdego z nas definiowane jest przez różne zdarzenia. Mniej lub bardziej zaplanowane. Tylko, że ja w przypadki od dawna nie wierzę. Dla mnie zawsze coś dzieje się z jakiegoś powodu.



Miałam w życiu dużo takich przypadków, które zaprowadziły mnie... dalej. Kiedy byłam w wielkiej rozpaczy, odezwała się do mnie jedna dziewczyna, która zaczęła mi mówić... o tym, przez co właśnie przechodzę. Coś niecoś wiedziała o całej sytuacji, ale nie gadam z nią codziennie, a wtedy po prostu do mnie napisała. Jakby podskórnie wiedziała, że taka rozmowa jest mi potrzebna.
Moja babcia odeszła od nas, jak moja kuzynka, a jej ukochana wnuczka, była na wczasach daleko od Polski. Pożegnała się z babcią przed wyjazdem, ale wiem, że babcia zrobiła to celowo. Nie chciała, żeby ona przeżywała tego wszystkiego i po prostu... taki miała plan.

I takie rzeczy dzieją się często. Nagle okazuje się, że nie tylko ja wierzę w to, że otaczają nas duchy naszych przodków. Nie tylko ja wierzę w pamięć miejsc. W to, że budynki pamiętają zbrodnie, które się w nich działy i czasem nas to przytłacza, mimo że jesteśmy gdzieś pierwszy raz. Pierwszy? Ale czy na pewno? Wierzę w reinkarnację. Wiem, że niektórym z nas pamięć po poprzednim wcieleniu nie została "skasowana". Chciałabym wiedzieć więcej na takie tematy. Jednak gdzie szukać wiedzy? Zarejestrowałam się jakiś czas temu na pewnym forum. Forum, które reklamuje się jako forum wiedzy paranormalnej, jako sprawdzona rzecz i tak dalej. I jestem zawiedziona, bo jak na forum o takiej wiedzy, największą nagrodą może być nagroda... sceptyk roku...? Każdy post jest z miejsca negowany, wyśmiewany i wyszydzany. Jednak od razu odezwał się do mnie pewien chłopak, który ma kontakty z duszkami. Ciągnie swój do swego, czy jak...? ;) I znowu: to nie mógł być przypadek.


Ludzie w moim życiu też nie są przypadkowi. Są ludzie, których z miejsca nie lubię- co jest rzadkość, bo ja jestem raczej naiwna i ufna w tej kwestii. Są jednak takie momenty, że jeszcze się do mnie dobrze taka osoba nie odezwie, a ja już wiem, że nie bawi mnie ta znajomość. A jak już się odezwie, ja tylko utwierdzam się w swoich egoistycznych założeniach. Widać z niektórymi nie jest mi po drodze, ale nie żałuję, bo zawsze pozostaje mi trzymać się z ludźmi, których mam sprawdzonych. Jednocześnie nie wierzę, że coś jest na zawsze. O wszystko trzeba dbać, żeby ciągle było.

Wiem też, że zachowanie niektórych ludzi nie jest przypadkowe, choć dla mnie jest całkowicie niezrozumiałe. Przecież nawet moje dziecko wie, że każde kłamstwo ciągnie za sobą dziesięć następnych, aż się w nich nie pogubimy i nie dopadną nas konsekwencje- też nieprzypadkowe.
Konsekwencje też mogą być ogromne, zmienić całe życie. Doprowadzić do zawału, rozwodu- ale nic nie jest przypadkowe. Wszystko ma jakiś cel.
To tak, jakby kierowały nami małe niteczki naszego losu, który niechcący skierował nas na złe tory i chciał to za nas naprawić, ciągnąc nas na te właściwe. Wybór należy do nas, ale wybór też nie będzie przypadkowy...

wtorek, 4 sierpnia 2015

10 przykazań Dziewczyny Zajebistej.

[źródło]


Rzuciłam wczoraj Meduzie wyzwanie tematyczne i w sumie... Sama coś naskrobię w temacie. Nie, żebym kreowała się na psychologa- terapeutę- notka z przymrużeniem oka.




  1. Jeśli Twój facet pracuje, wraca do chaty zmęczony, nie ciosaj mu na łbie kołków, że nie pomaga Ci w kuchni/sprzątaniu/wieszaniu firanek/wyciąganiu prania z pralki/wychowywaniu Waszych dzieci/spacerowaniem z psem/wynoszeniem śmieci. Przynajmniej nie dopóki dobrze go nie nakarmisz...
  2. Nie zarzucaj fochem z milczeniem forever, tylko z nim pogadaj. Facet to facet, nie istota wszechwiedząca, która posiada opcję czytam_w_myślach.exe. Do faceta trzeba mówić, o co chodzi. To istoty proste- w końcu obsługuje się ich przy pomocy jednej dźwigni.
  3. Nie bądź suką i nie rób mu na złość. Po co? Żeby móc poopowiadać koleżankom, jakiego masz gnoja w domu? No nie wiem, czy to on jest w tym przypadku gnojem, czy Ty kretynką.
  4. Kup mu czasem coś, co lubi albo uznasz, że na pewno fajnie się poczuje, gdy to dostanie. czasem, czyli bez okazji i nie, nie mam na myśli domowej bieżni, jeśli jesteś ze spaślakiem... 
  5. Miej czas tylko dla siebie- to zdrowy egoizm. Tylko nie spędzaj go, błagam, na śledzeniu własnego faceta, który też ma wolny czas. Odrobina zaufania jeszcze nigdy nikogo nie zabiła. No dobra. Niech Jon Snow stanowi wyjątek...
  6. Daj mu wyjść z kumplami na piwo/kręgle/mecz/koncert. Come on! Dlaczego masz mu pozwalać iść samemu? (Patrz: punkt 3).
  7. ...a jak już wróci, nie rób mu karczemnej awantury w tematyce "gdzie się tyle szlajałeś/walisz browarem", tylko pomóż mu trafić pod prysznic i do łóżka. Wspólnego. 
  8. Nie wymagaj od niego chodzenia ze sobą na zakupy ciuchowe i kosmetyczne. Faceci generalnie mają w dupie to, jak wyglądasz, dopóki nie wyglądasz jak kloszard i nie śmierdzisz podobnie i dopóki nie wybijasz własnym biustem oczu innym kolesiom. 
  9. Naucz się kompromisów- to chyba podstawa związków, bo przecież nie istnieją dwie osoby, które myślą identycznie i mają identyczne potrzeby. Jeśli istnieją, to... boże, to musi być strasznie nudne! 
  10. Ostatnie, ale nie najmniej ważne... Nie zamęczaj go sobą- nawet najsmaczniejsze danie każdemu w końcu się nudzi. 



Podsumowując: bądź człowiekiem ;)

wtorek, 14 lipca 2015

Tarnów Jezierny '98. Czyli: trauma mojego dzieciństwa.




Mając 11 lat pojechałam na obóz harcerski. Pierwszy i ostatni w moim życiu. Do dzisiaj zastanawiam się, dlaczego na widok rodziców, którzy przyjechali mnie odwiedzić, nie poryczałam się i nie kazałam zabrać się do domu. Pewnie chciałam być silna. Silna, dorosła i co tylko. Czas się z tego wyrzygać. 









Zapisałam się do harcerstwa, żeby coś ze sobą zrobić. Żeby było fajnie. Mój ojciec, który jest zachłyśnięty tematyką II WŚ od razu pobiegł i kupił mi mundurek. I finkę. Taki był dumny. Jadąc na obóz miałam przed oczami wizję fajnie spędzonego czasu, poznanie nowych osób, rozpoczęcie jakichś przyjaźni, nie wiem. Ogólnie wizja była pełna optymizmu, że oto las i jezioro i ja w tym sama, bez rodziców. Jeździłam przecież sama na wieś. Ale to był dom babci, gdzie zawsze ktoś miał mnie na oku. Tym razem zdecydowałam się na obóz. Chciałam tam pojechać. Ciągnęło mnie do tych wysoko moralnie postawionych ludzi. Chciałam z dumą mówić, że jestem jedną z nich. 
Przynajmniej takie miałam o nich zdanie przed obozem.
Byłam najmłodszą dziewczyną w naszej drużynie. Miałam 11 lat. Wtedy wydawało mi się, że to, co mam w majtkach, służy tylko do sikania i że świat jest piękny, a ludzie dobrzy. Szybciutko zostałam pozbawiona złudzeń.

Wspomnień mam kilka. Większość jest zła.


Pamiętam na przykład, że złapałam wszy. Żadna to tragedia, co nie? Przecież można się tego pozbyć. Jednak tak się tym stresowałam, że spędzało mi to sen z powiek. Niby nic takiego, ale dla dziewczyny, która wchodzi w okres dojrzewania i ma długie włosy, to jest tragedia. Kolejnym bolesnym wspomnieniem było to, że miałam chyba najwredniejsze laski z całego obozu w swoim namiocie. Koszmar. One miały po 15-16 lat, ja miałam te swoje 11. Pamiętam ich denne dialogi o tym, że jedna będzie sobie chciała aplikować tampon i czy to boli (WTF w ogóle, że ja takie bzdury pamiętam...), a później łaziła i mówiła, że nic nie czuje. Okazało się, że go zgubiła... Dzisiaj zaśmiałabym się i powiedziała, że jest niezłym wiaderkiem, skoro zgubiła tampon. Sypiając we własnym namiocie nie miałam łatwo, bo dziewczyny kiedyś powiedziały mi, że jak nie chce im się tyłka w nocy z namiotu wystawiać, to szczają koło mojej kanadyjki. Bez komentarza.
Kolejnym dramatem było wyjście na "Chatki". Idzie się całą drużyną wgłąb lasu, buduje się małe obozowisko i spędza w nim noc. Rano wraca się do obozu głównego. Heh... Wiecie co...? Jako jedyna zabrałam ze sobą menażkę, nóż i widelec. Inni za bardzo skupieni byli na nocnym dupczeniu, żeby zmusić się do zastanowienia nad tym, z czego będą jedli. Nie, nie poczułam się doceniona, kiedy zauważyli, że ja, nierozgarnięta małolata wyciągnęłam z plecaka menażkę i sztućce. Po prostu użyli ich jak swoich. Kiedy rozbiliśmy się już i osłonili w razie deszczu, chciałam zasnąć jak najszybciej, słysząc żałosne teksty moich kompanów. Te o pozycjach i o tym, która i ile potrafi. Chłopaki pewnie byli pod wrażeniem. Na szczęście udało mi się szybko zasnąć i mieć twardy sen.

Wtedy... byłam dzieciakiem. Na obozie nie byłam zbyt przebojowa, ale raz zrobiłam coś, co utarło im wszystkim nosa.


Jak to na obozie, zdarzało się mieć jakieś dni zorganizowane. Jednym takim dniem był konkurs piosenki harcerskiej, do którego zostałam na siłę wręcz wciśnięta. Trzeba Wam wiedzieć, że pomimo tatusia basisty i wielkich marzeń o karierze muzycznej (zawsze chciałam być piosenkarką), nigdy jakoś nie umiałam postawić na swoim. Może działo się tak dlatego, że jak na obozie facet z gitarą uczył mnie piosenki, to niemalże z rykiem wyleciałam z jego namiotu, nie umiejąc śpiewać melodyjnie i tworzyłam sobie własną linię melodyjną... Tak, myślę, że to też jest powód. Co nie zmienia faktu, że dzisiaj kocham swój głos i śpiewać kocham. Choć nie umiem ;)
Wracając do tematu, byłam stremowana na maksa, ale postanowiłam to wygrać. Na złość wszystkim, którzy mnie gnoili i traktowali mnie jak popychadło. I udało mi się. Zaśpiewałam "Starego trampa" najlepiej i wygrałam. Zajęłam pierwsze miejsce w konkursie piosenki solo na obozie harcerskim w Tarnowie Jeziernym. Popłakałam się wtedy. Pamiętam, że jak odbierałam nagrodę (pluszowy goryl bokser, co za symbolika, nie?), to miałam oczy pełne łez. Ale wszyscy bili brawo i było mi po prostu miło. Miałam nie lada wyzwanie, żeby zaśpiewać to w mojej linii, nad którą pracowałam z gitarzystą, bo... przede mną laska też męczyła "Starego trampa", ale ona zupełnie zmieniła linię i musiałam wyjść z namiotu, żebym ja się nie pomyliła. Więc zanim weszłam na scenę, żeby zaśpiewać, wyszłam z namiotu i powtarzałam swoją melodię... Co druhna tamtej dziewczyny skwitowała wysoko uniesionymi brwiami ;)


Miłe chwile.


Na nasz obóz przyjechali skauci z Kanady. I z Niemiec. I to było piękne! Obcy ludzie, a to właśnie przy nich poczułam się zaakceptowana i polubiona z marszu. Rozmawialiśmy po angielsku i naprawdę było świetnie. To byli jedyni ludzie, dla których warto było tam być. Byli serdeczni, byli uśmiechnięci i żadne moje "słabości i ułomności" nie stanowiły dla nich problemu. Na wieczornym ognisku, kiedy każdy w swoim języku śpiewał "Ogniska już dogasa blask" było po prostu serdecznie i ciepło. Uścisnęliśmy sobie ręce, powiedzieliśmy "dobranoc" i rozeszliśmy się do namiotów. Fajny był też chrzest, chociaż to było kolejne śmiertelne przerażenie dla mnie, która od zawsze jest przerażona zmianami. 


Gdzieś w połowie obozu odwiedzili mnie moi rodzice z braćmi. Zabrali mnie na porządny obiad do najbliższego miasta, a ja ciągle myślałam o tym, żeby być dzielną i nie dać po sobie poznać, jak bardzo chcę do domu i jak bardzo jestem zdołowana tym, co mnie tam spotkało. Nikomu do tej pory nie mówiłam o tym, co tam się działo. Jak tylko wysiadłam z autokaru, który przywiózł nas do Opola zaczęłam wyć. Płakałam, jakbym wróciła do domu po wojnie i okopach, a tymczasem po prostu w końcu poczułam się bezpieczna i wśród swoich. 
 

Nigdy więcej nie spotkałam się z tymi ludźmi w takim gronie. Harcerstwo zraziło mnie do siebie na maksa. Może gdzieś tam byli też normalni ludzie. Byli, na pewno. Ale po tym, co tam przeszłam, w życiu nastoletnim nie chciałam tam wrócić.

piątek, 19 czerwca 2015

Jak skutecznie popełnić samobójstwo. Cenne rady!

Jeśli myślisz, że to coś zmieni, to powiem Ci tylko, że jeśli to zrobisz i tak nie dowiesz się, co się zmieniło. A jeśli wierzysz, że jednak się dowiesz, to i tak nie będziesz mieć drogi powrotnej. 


Umiera się miliony razy. Naprawdę. Umiera się na złamane serce, na toksyczną miłość, z tęsknoty. Ale życie możesz stracić raz. Myślałam o tym kiedyś. To było chwilę po tym, jak zostałam mamą. I chwilę przed tym, zanim zdecydowałam się zostać samotną mamą. Nie, nie miałam depresji poporodowej. Po prostu życie mnie przygniotło. Mam dziecko z narkomanem. Mówię o tym głośno, może wtedy więcej dziewczyn się ocknie. Byłam szaleńczo zakochana w kimś, kto kochał tylko siebie. Ciągle się nad sobą użalał, ma na koncie kilka prób samobójczych, raz nawet sama znalazłam go kiedy próbował odebrać sobie życie. Jaka była moja reakcja? Najpierw sprawdziłam, czy nic mu nie jest. A potem miałam ochotę zamordować... ;) 

Czy samobójstwo to rozwiązanie?


Nie. Jak już wspominałam, nigdy nie dowiesz się, co stało się potem. A potem może być przecież tak, jak chcesz, żeby było. Warto być czasem egoistą. Mam na myśli zdrowy egoizm. Taki egoizm, kiedy masz ochotę pobyć sam ze sobą. Kiedy masz dość nerwowego odświeżania fejsbuka, kiedy wiesz, że nic fajnego tam nie zobaczysz, patrzenia na te same rzeczy w telewizji i słuchania tych samych ludzi, którzy ciągle nie robią nic, żeby było im lepiej, za to wpędzają Cię w depresję i w to poczucie winy, że oto Ty masz lepiej od KogośTam i że to bardzo źle, bo to niesprawiedliwe.

Bierz życie w swoje małe łapeczki.



Rób to, co kochasz. Odetnij się od ludzi, którzy są marudni i wywołują w Tobie te chore myśli. 
Jeśli to nie pomoże i nadal masz ochotę zrobić coś durnego (wiesz, o czym mówię, come on), zawsze możesz napisać mi maila , odezwać się do mnie na fejsbuku albo zadzwonić gdzieś, gdzie Ci pomogą. 

Na przykład tu:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800„Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej



"Nie ma sytuacji bez wyjścia na ziemi, 
bo gdy Bóg zamyka drzwi, otwiera okno"
Jan Twardowski

środa, 10 czerwca 2015

Idzie nowe.

Zostałam wczoraj zmuszona (przez życie) kupić sobie nowe spodnie. Na gwałt. To jest- na już. Na teraz- zaraz. Pracuję w sklepie ogrodniczym, a moje pojawienie się na pierwszym szkolnym zebraniu w spodniach ufajdanych obornikiem chyba nie byłoby mile widziane. Poszłam, kupiłam. Nowe spodnie, torebka z Tomem&Jerrym i sportowa bluza. Ogólnie to idzie nowe. Idzie szkoła. Co czułam wczoraj na zebraniu? Co czuję dziś, kiedy emocje już opadły? To ogromne emocje. Nie chciałabym umniejszać ich odczuwania przez moje dziecko, ale... Mam wrażenie, że denerwuję się bardziej, niż ona. Ja już wiem, co ją czeka. A może nie wiem? Może jej będzie łatwiej, lepiej, przyjemniej? Może nie będzie się stresować, jak ja kiedyś?



Weszłam do szkoły. Bardzo sympatyczny pan woźny, z szerokim uśmiechem (szczery, przyjazny uśmiech), wskazał mi drogę. W lewo. Później w prawo i po schodach w dół. Zadzwonił dzwonek. Poczułam się dziwnie. Przecież szkoła nigdy nie działała na mnie tak paraliżująco. Prawie nigdy. W ciągu pierwszych trzech lat byłam uczennicą wzorową. Taką, która miała piątki, szóstki i jak zapomniała fletu na lekcję muzyki, wymiotowała z nerwów w szkolnej ubikacji. Bo pani da mi jedynkę. Taką, która zabrana przez ojca w niedziele na spacer, potrafiła ni z tego ni z owego pomyśleć sobie: "nie wiem, gdzie położyłam zeszyt do polskiego, a miałam w nim zrobione dodatkowe zadanie na wyższą ocenę" i z tej okazji robić wszystko, żeby niepokój minął, żebym jak najszybciej znalazła się w domu, odszukała ten zeszyt i się uspokoiła. Czułam wtedy strach. Paraliżujący strach, bo czegoś nie wiedziałam. Bo nie byłam pewna, gdzie coś, co powinno być akurat w tym momencie najmniej dla mnie istotne, leży. To było dziwne, bo przecież nikt mnie nigdy w domu nie karał za oceny- przynajmniej dopóki było się czym chwalić (bo jak nie było, to nie mówiłam i wtedy było niewesoło). 
Doszłam do sali gimnastycznej, na której siedzieli rodzice. Niektórzy byli z dziećmi. Większość ubrana była odświętnie- znowu to wrażenie, że oto przyszła jakaś gówniara na zebranie rodziców, którzy sami przyjść nie mogą, bo zarobieni. Może siostra starsza albo co. Rozejrzałam się po ich twarzach. Może kiedyś z którymś z nich się zaprzyjaźnię? Może ich dziecko zaprzyjaźni się z moim? Większość rodziców przyszła stadnie. Wyglądali na ludzi, którzy znają się, bo znają się ich dzieci. Byli wobec siebie grzeczni i zorientowani na siebie nawzajem. Wiedzieli, po co przyszli, co usłyszą. Większość ludzi miała notesy. Piękne kalendarze, jeszcze piękniejsze długopisy. Modne buty, dobrze dobrane ciuchy. I wtedy coś mnie tknęło. W moim gardle stanęła twarda do przełknięcia kluska, a w oczach pojawiły się łzy. Sześć lat. Moje dziecko ma sześć lat i oto już niedługo będzie stawiało na inne piękno. Na to, żeby mieć piękne buty i ubrania. Najpiękniejszy plecak w klasie. Wtedy nie będę mogła dać jej buziaka pod klasą i chodzić z nią za rękę, bo przecież jestem już taka duża, mamo, przestań. To wszystko dzieje się tak szybko. Za szybko. Chciałabym, żeby nadal była tym beztroskim dzieckiem, które wyjada palcem surowe ciasto na babeczki, kiedy tylko spuszczę ją z oka, ale żeby jednocześnie wiedziała, że markowe ciuchy, buty i plecaczek to nie jest wszystko. Że liczy się coś więcej poza opakowaniem i tym, co się ma i co można kupić. Chciałabym zaszczepić jej moją wrażliwość na ludzi. Żeby nie trzeba było jej wszystkiego tłumaczyć jak krowie na rowie sto tysięcy razy. I to będzie moja rola na czas jej nauki w szkole. Moja rola jako rodzica. Tego, który się troszczy i pamięta. Bardzo chciałabym, żeby moja córka trafiła na równych sobie w klasie i żeby jej edukacja wczesnoszkolna była czymś fajnym do zapamiętania. Mam nadzieję, że pozostali rodzice będą podchodzić do tego tak samo lub przynajmniej podobnie jak ja. Wtedy dzieciakom będzie łatwiej. Nie chcę wyścigu szczurów. Porównywania, że a ja mam, a ty nie, więc jesteś głupia. Może jestem naiwna, ale wierzę w to, że to da się zrobić. 

Szkoła zapowiada się ciekawie


Dowiedziałam się sporo. Córka będzie miała lekcje do 11:35 lub do 12:30. Oczywiście zajęcia będą dostosowane do możliwości pracy grupy. Wychowawcy będą obserwować i w razie rozprężenia po prostu zarządzą przerwę. (Nie wiem, jak było u Was, ale ja pamiętam do dziś, że moja wychowawczyni zawsze co jakiś czas kazała nam wstać i trochę poćwiczyć. Dopiero dzisiaj ma to dla mnie sens- po prostu jak zaczynaliśmy jej przeszkadzać, gadać- ćwiczyliśmy. Nie była to dla nas kara, a fajne urozmaicenie lekcji.) 
Dzieciaki raz w tygodniu będą chodzić na basen lub lodowisko w ramach lekcji wf, cztery godziny w tygodniu poświęcą na naukę języka angielskiego- co daje największą liczbę godzin angielskiego w klasie pierwszej w naszym mieście. Szkoła jest w centrum, więc atrakcji będą mieli sporo- basen, łyżwy, muzea, teatry i kino. Podręczniki będą darmowe- tylko katechizm do religii odpłatny. W klasie będzie szafka na rzeczy dla każdego dziecka. Będzie mogło zostawić w niej swoje bloki rysunkowe, flamastry czy plastelinę. 

Czy tylko ja jestem tym wszystkim tak samo podekscytowana, co przerażona? Z jednej strony: oto moje dziecko usamodzielni się jeszcze bardziej. A z drugiej włącza mi się matka kwoka, chociaż ze mnie żadna matka kwoka nie jest, a wiedzą to ci, co mnie znają... 

Jako że miałam wczoraj dzień zebrań, uwaga, będę się chwalić! Moja pociecha chodzi do szkoły językowej na angielski i wczoraj miałam tam zebranie. Pozwolę sobie wkleić zdjęcie...

Pani jest młodą zachwycona. Zapisaliśmy ją na kurs dość późno- decyzja zapadła jakoś w lutym. Młoda ciągle wracała chora z tańców, więc zdecydowaliśmy się na angielski, który jest bliżej domu. JJ szybko nadrobiła braki w słownictwie (grupa uczyła się razem od października), podbiła serce pani Kasi (i wszystkich chłopców na kursie, ale tym na razie staram sobie nie zaprzątać głowy ;) ) i dostała najwyższą możliwą ocenę! :) 


Jestem z niej nieziemsko dumna.